Łagodny klimat sprawia, ze Bergstrasse nazywana jest „Niemiecką Riwierą”. Już Goethe powiedział, że tu Niemcy zaczynają być włoskie. Mamy średnio w roku 1600 godzin słonecznych. Kiedy na mapach pogody podany jest Frankfurt – to Heppenheim ma kilka stopni więcej. To jest nie tylko piękne… kiedy pot cieknie od nicnierobienia i cień nie daje żadnej ochłody. Wtedy zamykamy wszystkie okna, spuszczamy żaluzje. Tak zabarykadowani odczuwamy 28°C w domu jako przyjemny chłodek, bo za oknem jest 35°C.
Wiosna wita u nas około 3-4 tygodni wcześniej niż w pozostałych regionach kraju. W tym roku odkryłam już 13 stycznia przebiśniegi. Już w marcu forsycje i migdały inicjują pościg o kolorystykę krajobrazu, gonione są przez morele, brzoskwinie i drzewa wiśniowe, a magnolie akcentują to swoimi wielkimi kielichami – nastaje wtedy czas, kiedy całe wzgórza okryte są kwieciem jakby welonem. Jest to typowy krajobraz Heppeheimu tzw. Baumblüte. Na początku maja pachnie wszędzie różnokolorowy bez. Ale na Dzień Matki, w drugą niedzielę maja, często jest już przekwitnięty.
Wzgórza są obrośnięte winoroślą. Nasz obszar plantacji ma tylko 430 ha, jest stosunkowo mały, ale za to oho! Mamy tu 20 gatunków winogron, wprowadzane są też od paru lat gatunki dojrzewające do tej pory tylko na południu, we Włoszech. Rarytasem jest wino ze zmrożonego winogrona, tzw. Eiswein. Pewna ilość winogron pozostaje pod przykryciem do przymrozków i jak temperatura spadnie do -7°C to jest zwoływana w nocy ekipa zbiorcza, bo grono musi być zebrane w stanie zamrożonym. Wino to smakuje jak likier, spływa słodko i powoli po gardle. Trzeba go delektować i nie myśleć o cenie, bo buteleczka 0,3l kosztuje od 25€… do kilkuset €.
Jak na Riwierze – tej prawdziwej – nie brakuje u nas południowej egzotyki. Kiwi i figi, to ulubione smakołyki ogrodowe. Dojrzałe na miejscu trafiają z krzaka prosto do buzi. Tego aromatu nie nadrobią najpiękniejsze nowozelandzkie egzemplarze. Znam dom, gdzie kiwi wije się do góry po orzechu włoskim. Wysoko w koronie trudno odróżnić orzechy od kiwi i nikt ich już nie sięgnie, dopiero jak dojrzale zaczną spadać, to widać różnice… Koleżanka przyniosła dziś na posiedzenie koszyk świeżych fig, najadłyśmy się obficie, gdybyśmy popiły szampanem, to zrobiłby nam się w brzuchu kruszon.
Przy wielu domach rosną palmy. Nie te małe, które na zimę uciekają do domów i piwnic. Duże, nawet do drugiego piętra, całoroczne, zimą osypane śniegiem (jeśli w ogóle spadnie). Nawet na winnicach obsadzono w tym roku kawałek stoku palmami i innymi egzotami – wybieramy się tam na wędrówkę, będzie zdjęcie.
Stosunkowo nową forma są bananowce, ale jest ich coraz więcej i są coraz większe. W zeszłym roku pierwszy raz widziałam kwiat i typową kiść małych owoców. Niestety banany potrzebują 11 miesięcy na dojrzewanie, a tu się kończy heppenheimska egzotyka.
Natura nie trzyma się granic miasta i może zalecą też do nas papugi (Aleksandretta obrożna), które żyją na wolności zaaklimatyzowane w Heidelbergu i Wiesbaden (oba miasta odlegle od nas o około 25 km). Jest ich kilkaset, jak zielone sroki obsiadają drzewa. Kiedy byłam w Heidelbergu na szkoleniu, musieliśmy zamykać okna, bo ich wrzask nam bardzo przeszkadzał – to było z drugiej strony ciekawe przeżycie, być przez tydzień w otoczeniu setek skrzeczących papug. Nie na urlopie! Tu, 25 km od Heppenheim.
A dziś była wiadomość w TV, że ornitolodzy wypatrzyli w niedalekiej okolicy kolonie żołny, kolorowych ptaków z krajów południowych, odżywiających się owadami, również pszczołami. Może dolecą do nas – bo gdzie dużo kwiatów, tam tez dużo owadów i pszczółka też się znajdzie.