Mikołajowy Rynek

przez | 05/12/2009

Dziś jest w Heppenheim tradycyjny Rynek Mikołajowy.
Wyjechaliśmy i zaczął padać deszcz. Szukając w zwątpieniu, przez mokre szyby, parkingu już myśleliśmy: jak tu nic nie znajdziemy, to wracamy do domu. Myśl się zagnieździła i zaczęła robić miła. Jednak jedno miejsce akurat przed nami się zwolniło i „musieliśmy” iść w deszcz na rynek.
Jedna gazeta opisała go jako „najpiękniejszy przy Bergstrasse”. No… na to trzeba wielkiej porcji lokalnego patriotyzmu i sporo grzańca. Ok, jest uroczy, rozciąga się przez deptak, naokoło Kleiner Markt (Mały Rynek), dalej uliczką na starówce pod górkę, naokoło Grosser Markt (Duży Rynek) i na placu przed St. Peter. Trwa niestety tylko jeden dzień i jest przeważnie mokry. Na stoiskach można kupić parę drobiazgów pod choinkę, usztrykowane papcie, skarpety, świeczki, dekoracje choinkowe i adwentowe (włącznie z „typowym” grudniowym dodatkiem: baziami), zjeść kiełbaskę, placki ziemniaczane, ciasto i napić się grzańca do woli – bo tyle było punktów z grzańcem, że tego chyba żadne miasto nie zdzierży.

Starą tradycję utrzymuje aktywnie pan Rudolf Kohl i przechodzi zawsze przez miejskie imprezy z halabardą, a o późniejszej godzinie zagania towarzystwo do domów. Pan Kohl żył już chyba zawsze w mieście i trudno sobie wyobrazić, że mogłoby go nie być…
I prawdziwego Mikołaja widzieliśmy, tego w złotym płaszczu i z pastorałem, minął nas w pośpiechu, pewnie gonił do pracy.
Przy tej okazji deptak zrobił handlową sobotę i sklepy były otwarte do 18:00. Co w Polsce jest normalne, to u nas już małe święto, sklepy w centrum zamykają zwykle w soboty o 13:00, a w niedziele jest wszystko zamknięte.
Pod parasolem, przeszliśmy do góry i spowrotem w dół, do grzańca mi kapało z parasola (naszego albo sąsiedniego), po godzinie przestało padać (w przyszłym roku pójdziemy godzinę później), spotkaliśmy kilku znajomych, kupiliśmy parę ciasteczek. Najróżniejsze ciastka, to tradycyjny wypiek adwentowy i świąteczny. Jak córka była mała, to piekłam z nią, teraz sama piecze i my dostajemy parę. Ja już mało kiedy piekę, nie chce mi się, prawdę mówiąc, a nasze piękne ciała też ich nie potrzebują. Ale czasem można parę kupić.
I nic – tylko do domu!
W przyszłym tygodniu pojedziemy może do Bensheim. Tam też jest ładny rynek. Chyba nawet ładniejszy niż nasz, ale ciiiicho…