Jesteśmy w czasie winobrania. Ciągniki zjeżdżają do skupu, ludzie, którzy mają winnice (albo takowych przyjaciół czy rodzinę) biorą urlop z pracy, żeby się na czas obrobić.
A my? My pijemy Federweisser. Jest to produkt miedzy sokiem a winem. Cukier już się rozpadł na alkohol i gaz, dzięki drożdżom, które nadają też typowy mętny wygląd. Zależnie od winogrona i od czasu, ma Federweisser rożną zawartość cukru i alkoholu. Pije się go w szklankach 0,25l, spływa po gardle lekko, jak oranżadka. Ale stosunkowo niski alkohol kumuluje się w kilku szklankach nieobliczalnie. I już się głowa kiwa.
A kupić go można w wielu punktach miasta (i okolicy), w kanisterkach po 2 albo 5 litrów, albo butelkach, ale zawsze niedomknięte!, bo napój jeszcze fermentuje, co czasem utrudnia transport do domu. No i w każdym lokalu gastronomicznym.
Zdrowotne działanie drożdży ma oczyszczający wpływ na cerę i… jelito. Niejeden zapłacił nadmierny apetyt takim opróżnieniem się, że starczy do Bożego Narodzenia. Ale do następnego roku już się o tym zapomina i Federweisser znów smakuje.
Do napoju najlepiej pasuje Zwiebelkuchen, to jest ciasto drożdżowe, obłożone masą cebulową, w rożnych wariantach, cienko, grubo, z orzechami, ze słoninką. Chyba każdy tu potrafi takie ciasto zrobić, a moją specjalnością jest to z orzechami włoskimi. Do tego 2 litry Federweisser i już jest balanga.
Na zdrowie i smacznego.