Na krańcach miasta w kierunku wschodnim, na ulicy Siegfriedstrasse 198, stoi blok znany jako „Dworzec Wschód”. Prawie codziennie przejeżdżam koło niego. Stara rudera, obskurne ściany w kolorze, który przed wielu laty pewnie był żółty. Dom ten poznałam już przed 18 laty, kiedy zaczęłam tu pracować. Zaraz w pierwszych dniach trafiłam do niego, mieszkała tam stara pacjentka. Nie pamiętam, co u niej robiliśmy. W pamięci zostało mi do dziś uczucie przerażenia, krzywe brudne schody, skrzypiące, niedomykające się, obdrapane drzwi, małe okna z podartymi firankami, ciemno i brudno. Obok stał wtedy jeszcze drugi podobny dom.
Był to dom, w którym miasto umieszczało bezdomnych i tych, którzy byli niedaleko od tego. Ostatnia stacja socjalna. Każde miasto ma takie punkty, rzadko powód do dumy.
Od lat mamy już inny dom dla bezdomnych. I byłam przekonana, że tu już nikt nie mieszka. Zawsze się dziwiłam, że nikt tej rudery na wjeździe do miasta nie wyburzy. Wczoraj przeczytałam w gazecie (Starkenburger Echo): budynek jest pod ochroną zabytków, został postawiony po pierwszej wojnie dla rodzin wielodzietnych i biednych i należał do zespołu kilku domów, które w latach siedemdziesiątych zostały zniesione. Na początku służyły stare wagony kolejowe za przytułek, stąd nazwa potoczna „Dworzec Wschodni”. Zaskoczyła mnie informacja, że w zeszłym roku mieszkało tam jeszcze sześć osób. Jak nigdy, wczoraj wieczorem widziałam w jednym oknie światło.
Teraz budynek będzie jednak zburzony i wtedy zakończy się też jeden rozdział historii Heppenheim.
Ostatni gasi światło.
W pierwszym czasie mojej pracy trafiłam też do innego podobnego domu, który nazywaliśmy „Willa – Słoneczny Promyk” (Willa Sonnenschein). Był to dwupoziomowy barak, w którym mieszkało chyba osiem rodzin, dwie już w drugich generacjach. Podwórko było zawsze zawalone złomem i śmieciami. Kiedy pierwszy raz szłam tam do pacjentki, to z mieszanymi uczuciami wzięłam kalendarz pod pachę i myślałam, że w białym kitlu i z tym kalendarzem zrobię poważne, urzędowe wrażenie. Niepotrzebnie, bo pani była bardzo prosta, ale mila i w mieszkaniu miała dość czysto. Ale skarżyła się, że jest ciemno w kuchni, bo pokrzywy zarastają okno do połowy. Dlaczego ich nie zetnie? – bo to jest zadanie miasta… Jeszcze wiele lat tam chodziłam i potem poznałam też inne mieszkania. Nie były już tak czyste. Ale podpadło mi, że wszędzie było bardzo dużo kaset video, papierosów i ciasne pokoje były niemożliwie zastawione.
W miejscu „Słonecznego Promyka” stoi dziś ładny i zadbany szeregowiec.
Ale był to też pewien dział historii.
Przez lata pracy wchodziłam do wielu prywatnych starych domów na naszej starówce, które w pierwszym (i w drugim…) momencie zapierały dech. Dziś już ich jest coraz mniej. Starzy ludzie je opuszczają (…), a spadkobiercy i nowi właściciele inwestują kapitał, siły i innowacje. O niejednym domu, który dziś możemy podziwiać, te bombonierki na starówce, mogłabym parę historyjek opowiedzieć. Może by je zapisać, zanim zostaną zapomniane.
To moja osobista wiedza o historii miasta.