Dzisiaj mieliśmy w Heppenheim na deptaku i starówce nasz Mikołajowy Jarmark. Niestety jest on u nas tylko jeden dzień. I do tego dziś padało. Nawet już bawiliśmy się myślą, żeby nie iść, ale sąsiad zadzwonił czy się wybieramy. No i co? Poszliśmy, w czwórkę weselej, nawet w deszczu. Jak to się mówi?… nie ma złej pogody, tylko złą odzież?
Mimo deszczu było pełno ludzi, z parasolami i pod nimi, stali grupami, parami, jedli kiełbaski, pice, pili grzańce, śmiali się, rozmawiali. Dotarliśmy do stoiska z grzanym winem, pod parasolem, no proszę, jak dla nas. Przestało padać, kiedy napitek akurat się skończył. Rozgrzani, ruszyliśmy dalej. Trzeba zawsze przejść wszystko. Zobaczyć i być widzianym! W takim małym miasteczku nie można nic przeoczyć. Rynek był tak zatłoczony, że czasem ciężko było przejść. Przy ratuszu grała muzyka, chwilę postaliśmy, to należy do atmosfery. Na rynku wypiliśmy po drugim grzańcu i dostaliśmy jeszcze po pierniku do łapki. Dalej w drogę miedzy tłumem i stoiskami. Jesteśmy wszyscy? Kupiliśmy sobie wydanie o renowacji starówki, ciekawe relacje o pojedynczych domach, dokładnie, to co ostatnio pisałam. Było wiele bud z dekoracją świąteczną i inną, zabawkami, świeczkami, rękawiczkami, karmnikami dla ptaków i co tam jeszcze. Wracając, stanęliśmy jeszcze na małym placu, przy muzyce, obok rozchodził się zapach naleśników, znów zaczęło padać, więc następna runda rozgrzała nasze żyły, do tego dali do popróbowania adwentowego ciasta.
Dobrze, że Jurek nie lubi grzanego wina, bo ktoś przecież musiał jechać. Napici, najedzeni, zadowoleni wróciliśmy do domu i posiedzieliśmy jeszcze trochę u nas.
W dobrym towarzystwie można i w deszczu spędzić miłe chwile, ale na następny rok na pewno zamówią lepszą pogodę.