Jak w zeszłym tygodniu sobie wymyśliliśmy, tak dziś ten plan zrealizowaliśmy. Mróz minus 6-7°, błękitne bezchmurne niebo i oślepiające słońce z góry i od śniegu. Podwieziono nas znów do Hambach, tym razem do Oberhambach, na ostatnim możliwym metrze wysiedliśmy i ruszyliśmy w las, z celem: wrócić „do domu”. Byliśmy ciepło zapakowani, słońce doświecało nam przez bezlistne drzewa, śnieg skrzypiał pod nogami. Dwie godziny szliśmy, ok 8 km, przez las, winnice, poniżej zamku, ponad miastem.
Przeszliśmy kawałek drogą, na której mieliśmy kiedyś spotkanie pierwszego stopnia z rozwydrzonym bykiem. Szwagrze z Torunia, pamiętasz nasz spacer sprzed laty (zdjęcie 1 i 2)? Szliśmy w trójkę, cisza w lesie. Z daleka usłyszeliśmy ciche terkotanie i zza zakrętu powoli pojawił się traktor. Za chwile pojęliśmy, dlaczego tak się czaił: ciągnął za sobą rodzaj klatki bez dna, na kółkach, w której prowadził młodego byka. Zeszliśmy trochę na bok, na ile to było możliwe na wąskiej drodze leśnej i chcieliśmy odczekać. Byk prawdopodobnie głęboko zamyślony o swojej przyszłości, albo o pięknej sąsiadce, nie spodziewał się w tej ciszy takiego objawienia jak my. Z paniką w oczach zaczął się tarmosić w klatce, przestawiając ją z lewa w prawo. Jurek złapał mnie w momencie za kołnierz i pociągnął za traktor. Sami nie wiedzieliśmy, co w tych sekundach robić. Bykowi udało się, włącznie z klatką wylądować w rowie obok drogi, tam podniósł głową to żelastwo i przedostał się pod spodem na wolność. Szybkim galopem zniknął nam z oczu. Gospodarz klął (na byka, nie na nas), tyle drogi i czasu, gdzie go teraz znajdzie? „Może, jest gdzie jaka piękna krówka w okolicy?” – próbowaliśmy ratować sytuację. Na skrzyżowaniu dróg staraliśmy się jeszcze z podwyższenia wypatrzeć byka, byśmy tym pomogli zestresowanemu gospodarzowi, ale … i sami byśmy chętnie wiedzieli, gdzie to wystraszone bydło się schowało, bo mieliśmy jeszcze kawałek drogi, a na drugie spotkanie nie mieliśmy już ochoty.
Zawsze, jak idziemy tę rundkę, to wspominamy tamten dzień.
Teraz mamy Hambacher Tal – dolinę Hambach – zaliczoną po obu stronach. Ale na następne marsze mamy też już plany. Rozkręcamy się.