Ojej, ojej!! Katastrofa! No ludzie, co to?
To chyba wina tego świstaka z Pensylwanii – od razu mówiłam, żeby go wrzucić na grilla.
Wczoraj spadł nowy śnieg. Zasypał nasze kwiatki, zasypał drogi, zasypał domy, miasto, świat, nas!
Wszystko jest sprawą perspektywy. Na Syberii – to pogoda na spacer po kawie, na Mazurach też OK. Ale u nas?
Spadło do 20 i 25 cm śniegu. Nie ma co, dzień trzeba zacząć. Chodnik odśnieżyć, potem znaleźć samochód (a mój służbowy jest malutki, nie sztuka, żeby mi w śniegu zginał). Na ulicach chaos, piękne białe widoki, ale hamowały w dotarciu do celu. Wiele terminów zostało wszędzie odmówionych. Kto nie musiał wychodzić, siedział w domu i oglądał naturalną telewizję z okna.
Ale, co wczoraj nas zasypało, to dziś nas zalało.
Co jeszcze tu i tam biało wyglądało, to była brzydka, podstępna pułapka. Stawiasz nogę, w nadziei, że zrobisz suchy krok i… już ci się nalewa do buta – pod spodem była woda, która nigdzie już nie mogla odpłynąć. Stala na ulicach czasem do wysokości chodników. Nogi były po 5 minutach przemoczone, bo tego żaden but nie przeżył.
Jedna plucha, mazia, całe miasto zalane rozwodnioną śnieżną pampą.
Wesołe scenki można było zobaczyć: odśnieżarka zsunęła pampę na bok, ludzie spychali ją z chodników na ulicę, najdalej jak trzeci samochód przejechał, to chodnik był znów pełny. I zabawa szla od początku. Samochody jeździły powoli i omijały pieszych na ile możliwe, ale to badziewie pryskało we wszystkie strony spod kół. Niejeden czekał za płotkiem, śmietnikiem, aż auto przejechało, żeby potem zrobić krok… do wody. Właściwie to zupełnie obojętnie, czy mnie samochód opryskał, czy sama się zmoczyłam.
A jednak wieczorem świat znów przejrzał, woda spłynęła, ulice były już suche, resztki śniegu na poboczach, kwiaty suszyły płatki i jeszcze się otrząsały: „szatan nie pszczółka”…
Na jutro zapowiedziany jest mroź do minus 10 stopni…