Korowód karnawałowy

przez | 23/02/2009

No i 22 luty minął.
Pochód był, przeszedł, poszedł i rozszedł się…
Pogoda była jak zapowiedzieli: zimno i deszczowo. Ale tyle razy się mylą, to dlaczego teraz mieli rację? Zła pogoda jest przykra, bo grupy inwestują dużo pracy i przygotowań, kosztów i pomysłów w pochód. Dzieci czekają, cieszą się, wszyscy się przebierają. Przy ładnej pogodzie zbiera się ok 100 000 ludzi wzdłuż trasy (przypominam, że HP ma 25 tys mieszkańców) – to jak kiedyś w 1. maja, tylko ze szczerą radością. Ale przy zimnym deszczu?..
A nam się tak nie chciało iść.
Ale od 13:00 zaczęły się ustawiać grupy i pojazdy do kolejki pochodu. Mieszkamy w miejscu, gdzie kolejka się zaczyna, więc trudno się schować przed karnawałowym nastrojem. Muzyka grała, z każdego wozu inna, „halau” wołano ze wszystkich stron.
Start o 14:11.

Na starcieHelau!W lożyZ diabłem na tyDalej w deszczu

OK, nie można siedzieć w domu, trzeba iść. Zawiesiliśmy sobie kilka maskotek z ubiegłych lat, włączyliśmy tegoroczny „blinki” i poszliśmy do przyjaciół, którzy mieszkają w połowie „kolejki” i mieli taką samą nie-ochotę jak my. W drodze mijaliśmy grupy i wesołych ludzi, nawet burmistrz osobiście kroczył i obiecywał słońce za godzinę. No! znamy to, obiecanki-cacanki…
Z tarasu, pod dachem, oglądaliśmy przejście ok połowy pochodu – jak na naszą niechcicę, to było i tak dość. Mieliśmy kawę i kilka resztek z wczorajszego urodzinowego bufetu. No i co, źle?
Przed domem stał wóź dekoracyjny z Langnese (fabryka mrożonek w Heppenheim) i czekał na swoją kolejkę, ale zanim ruszył, „zaprzyjaźniliśmy” się z diabłami i dostaliśmy kilka kartonów lodów Magnum.
Lody, cukierki, batony rzucane są z wozów do publiczności. Każdy zbiera i łapie jak i co może, bo nie chodzi i zjedzenie, tylko o ilość. Dzieci idą z torbami na pochód i zbierają wszystkie zdobycze. Lodów z Langnese jest zawsze dużo, a w tym roku było więcej niż zawsze. W zeszłym roku objadłam się lodami i chciałam dla odmiany batona, i już mi padł jeden pod nogi, ale jak się schyliłam (tak szybko, jak mogłam), to już od tylu zobaczyłam dziecięcą rączkę miedzy moimi nogami i … po batonie.
Nie trwało długo, jak zaczęło padać. Uczestnicy byli przygotowani, raz-dwa otworzyli parasole i okryli się foliowymi pelerynami.
Ale w deszczu tylko połowa przyjemności, batony spadają na mokre, lody nie smakują tak dobrze, nóg tancerek nie widać pod peleryną, do trąby i fujarki napada.
[kml_flashembed fversion=”9.0.0″ movie=”media/2009/02/umzug_hp.swf” publishmethod=”dynamic” width=”618″ height=”380″ align=”top” menu=”true” quality=”high” scale=”exactfit” ]

Get Adobe Flash player

[/kml_flashembed]
Zdjęcia i komentarz: Alexander Goetz
Wywiady: Benjamin Spitzl

Dziś w gazecie: mimo złej pogody było 80 000 ludzi i to bardzo zadowolonych.
Kiedy wieczorem jechałam ulicą (do pracy, bo tak fajnie…), widziałam jeszcze wielu ludzi wracających do domu, niejeden zajączek kicał i marynarz szedł chwiejnym krokiem (to od morza) do swojego statku, tu śnieżka, tam cowboy, który zgubił swojego konia, za to znalazł Apanaczi…
Na większe kolektywne wyskoki natury zmysłowej, nie ma tu takiego pola jak w dużych miastach (Kolonia, Düsseldorf) – bo mieścina jest mała i szybko by trafić na znajomość…
W środę jest ostatecznie koniec zabaw. Będziemy czekać na Wielkanoc.