No i mieliśmy białe Święta.
Po niebieskim, czerwonym i żółtym, ukazał się Heppenheim w nowej barwie: białej. Ale tyle białości też znów nie chcieliśmy!!
Miasto jest zasypane, tyle śniegu nie mieliśmy już od lat. Chodniki są odśnieżane, ale dokąd ze śniegiem? Na ulicę. Jadące samochody rozjeżdżają śnieg spowrotem na chodniki. Tak możemy się bawić do wiosny.
Wigilia: co godzinę szuflowanie, na zmianę z sąsiadem. Pierwsze Święto to samo do południa. Koniec? Nie, potem przyszedł mróz, który w nocy spadł do minus 11 stopni. No super, teraz wszystko zostanie leżeć.
Świat wygląda pięknie… z okna.
Ja nie potrzebuje białych świąt, zadowolę się też zielonymi.
A Jezus też się nie urodził w zaśnieżonej szopce. O!
W tym roku mogłam całe Święta pracować. Ale fajnie… I tak doznałam białej przyjemności na własnej skórze. Jazda jeszcze szła, trochę było wesoło na zakrętach, ale byłam sama na ulicach, więc co tam. Gorzej było z parkowaniem i chodzeniem. Wszędzie śnieg, koła buksują, gdzie tu odstawić samochód? Jeden kierowca pouczył mnie, że powinnam bardziej na bok zjechać, bo drogę tarasuję. „O, przepraszam, już ćwiczę, zaraz zabiorę samochód do salonu”. Chodzenie też utrudnione, bo wyjście z samochodu, przejścia, w śniegu po kostki.
Wczoraj, 26.12, po mroźnej nocy, w ogóle nie dostałam się do mojego służbowego samochodu, wszystkie drzwi zamarznięte. Stałam pełna walecznego ducha, przed tym klocem lodowym, w drugie Święto, o 6:45, zaspany spokój wokół. I przegrałam. Wzięłam nasz czysty prywatny samochód z garażu.
Na razie tak ma zostać. Zima nacieszy nas jeszcze długo.
A nam zostanie jedno w pamięci: szuflowanie, zmiatanie, szuflowanie, spychanie, zgarnianie.
Niemniej zachowajmy piękne widoki w pamięci.