Pogoda piękna, 25 stopni, słońce pali.
Trzeba się podnieść z leżaków w ogrodzie i trochę kości ruszyć, bo się zastoją.
Dokąd? Do stajni Rutenhof w Lorsch, gdzie stoi Karolek. Karolek ma cztery nogi, grzywę i siodło i właściwie to jest bardzo, bardzo duży.
Żeby było równo, to wskoczyliśmy sportowo na nasze siodła i ruszyliśmy w drogę. Pupy przyzwyczajone po zimie do foteli, dały się trochę we znaki.
Jednak w szalonym (…) tempie, z szumem w uszach i bielą przed oczyma, wzdłuż zielonych łąk Weschnitz, mijając się z wieloma innymi siodłowcami, dotarliśmy do celu. O powrotnych 5 kilometrach na razie nie myślimy. Co tam 5! Nasz sąsiad jeździ dla przyjemności 30 – 40.
Miła cisza, spokój, parchające konie, chmura kurzu nad placem – o, to nasza, na Karolku!
Dawno już nie przyglądaliśmy się jeździe. Zimą jest nam za zimno, starczy, że córka marznie (trzeba było wybrać szachy), ale latem – pewnie podjedziemy jeszcze czasem na rowerze. Tym bardziej, że szef stajni jeszcze nie jest gotowy z budową i nad halą będzie kawiarenka. No, mając cel przed oczyma (lody, kawa, piwko) będzie łatwiej gnieść w pedały.
Wiele się zmieniło w stajni od naszego ostatniego pobytu, jesienią, i jeszcze jest dużo do zrobienia. Pierwszy raz widzieliśmy nową halę, a ponieważ nie było koni, więc musiałam ją sobie sama wypróbować – jest OK.
A Karolek odkrył po treningu, że może robić również za żyrafę. To jego pierwsze lato w tej stajni – kto wie, czego się jeszcze tam nauczy?
Piękne niedzielne popołudnie, wolny weekend – czego chcemy więcej?









