Byliśmy, widzieliśmy, słyszeliśmy!
Występ gościnny Sebastiana Vettela w rodzinnym mieście. Home Run.
Przygotowania były olbrzymie, oczekiwano wiele tysięcy widzów. Jednak impreza przekroczyła naszą wyobraźnię. Porównując do karnawału, przypuszczałam, że jest dobre 100 000 luda, ale internet podał nawet 120 tysięcy. Sześć razy tyle, co mieszkańców! Na autostradzie porobiły się korki do 15 km.
Oczekiwano Sebastiana, kolegę wyścigowca Mattiasa Eckströma, Chrisa Pfeiffera, mistrza sportu motorowego świata i Europy, oraz Smudo (wcześniej raper, teraz w sporcie samochodowym).
Wzdłuż trasy jazdy, ok 2 km na B3, trudno było się poruszać. Fani stali już pewnie od wczesnych godzin, niektórzy z krzesełkami i drabinami.
Na Parkhof, gdzie były namioty VIP i było centrum informacyjne i mediowe, można było zobaczyć cacko Red Bulla, Sebastiana bolid F-1. Jurkowi udało się dojrzeć samego Sebastiana – niestety nie udało się złapać fajnego zdjęcia. Ale w internecie i prasie będzie dość. A my pokażemy po prostu imprezę.
Spotkaliśmy znajomych i trafiło się piękne miejsce pod drzewem (= cień w upalny dzień), więc tu postaliśmy, aż nogi odmówiły posłuszeństwa.
Długo czekaliśmy jeszcze na wydarzenia. Program miał się zacząć o 12, a o drugiej Sebastian miał przejechać trzy rundy. Niestety organizatorzy źle zaplanowali rozstawienie głośników, żeby publiczność na odcinku 2 kilometrów równie dobrze była poinformowana jak w VIP. Nie dochodziły żadne wiadomości. Ludzie stali w słońcu i czekali. Start się opóźnił, a potem były przerwy. Dopiero z mediów dowiedzieliśmy się, że były problemy z bolidem, wysiadł pierwszy bieg, trzeba było improwizować.
Helikopter kręcił się nad nami, filmował imprezę z góry. Ludzie obsiedli nawet dachy. A najlepsze miejsca mieli mieszkańcy domu starców St. Katharina (fot.5), bo przed nim Sebastian kręcił zawrotne rundy – swoje słynne donuty, jak potem widzieliśmy w wiadomościach TV.
Doczekaliśmy się pokazów Chrisa Pfeiffer na swojej maszynie. Narobił hałasu i dymu i zatkał nam dech swoimi pokazami. Nie naśladować!!! Szkoda zębów i płotu sąsiada.
Przejechało kilka głośnych i szybkich samochodów – fachowcy zaraz rzucali nazwy.
Przejechał Sebastian na Quadzie, dawał autogramy, osobiście podpisane. I zrobił komórką kilka zdjęć publiczności do rodzinnego albumu, czym sobie zdobył salwę śmiechu i sympatii. Zdradził kiedyś prasie marzenie: raz przejechać przez Heppenheim!
Udało nam się zobaczyć i usłyszeć!! jedną rundę Red Bullem. Jazgot, pisk opon, błysk i po wszystkim. Tak szybko nie mogliśmy patrzeć i już był za zakrętem. Jeszcze spowrotem, jeszcze raz to samo. Wow!!!
Niestety następne rundy nie nastąpiły zaraz, czas się znów ciągnął, nogi już bolały.
Ok, byliśmy, widzieliśmy. Starczy.
Chcemy usiąść, chcemy spokoju, idziemy na rynek.
Ten sam rynek, na który Sebastian dziś rano o 7:45 nieoficjalnie wjechał bolidem – „to moje osobiste pozdrowienie dla Heppenheim”.
Dopis 19.07.10:
– dziś w mieście jeden temat!!!!!!!!!!!!! ludzie porównują ewent do atmosfery Dni Hesji w 2004
– „Starkenburger echo” gazeta pisze, zdjęcia, filmy
– nastopnych 60 000 fanów utknęło na autostradzie w korkach, wjazdy do miasta zostały zablokowane.
– organizacja, pomoc, ochrona – 1000 osób, przeważnie honorowych,
– pozostaną wspomnienia
– sympatia dla Sebastiana w mieście wzrosła jeszcze bardziej, życzymy mu, żeby był mistrzem świata! i żeby pozostał taki właśnie normalny i naturalny i zawsze chętnie wracał do domu.











