Cóż można piękniejszego zrobić w Wielkanocną Niedzielę, jak iść w naturę? Słońce, 24 stopnie, świat kwitnie!
Trasę zadecydował kolega, z Juhöhe do Weinheim. Uh… W linii powietrznej dobre 8 kilometrów, a pieszo? Ok, jak byśmy mieli stracić siły, to zejdziemy wcześniej (zanim padniemy).
Zapakowaliśmy lekko plecaki, kije w rękę, taxi zawiozło nas do punktu wyjściowego Juhöhe. Szliśmy pięknym lasem bukowym, który teraz okrywa się niepowtarzalną świeżą zielenią. Szliśmy przez pola, które obramowane były kwitnącymi drzewami. Patrzyliśmy czasem na szeroki krajobraz, na miasteczka leżące w dali, w Odenwaldzie. Niestety daleka widoczność była nieco przymglona, oko się nacieszyło, ale obiektyw wolałby bardziej przejrzyste powietrze.
Kolega nie miał konkretnego planu, jak trasa ma przebiegać, a trochę nam brakowało szyldów, więc czasem dopytaliśmy innych wędrowników – „do Weinheim to tędy?” Jedna joggerka wskazała drogę, poszliśmy nią dalej, doszliśmy do dłuuuugich schodów, które ścięły cały kawałek zbocza. Schodzimy? Jurek mówi: nie, drogą też dojdziemy na dół. A, co tam, idziemy. A… na dole biegnie znów joggerka. Hej, biegniesz już drugi raz, czy was jest dwie? Ooo, przepraszała, ale zapomniała nam przedtem najważniejszej rzeczy powiedzieć: tam była! ścieżka w lewo. No super, czyli wracamy pod górkę drogą, ten sam kawałek, który skróciliśmy schodami.
Trochę błądziliśmy w tych lasach, jak Jaś i Małgosia. Ale zabrałam nieco „Wesołych Świąt” w plecak (zamiast domku z piernika)- więc wyciągnęłam buteleczkę szampana, ale chłopaki nie chcieli (bo w marszu nie chcą alkoholu, o!! bardzo rozsądnie!), więc musiałyśmy z koleżanką same wypić, w dwie, całego … piccolo.
Doszliśmy do pięknej polany na grzbiecie pasma, widoki w obie strony: na zachód na Hemsbach i równinę Renu i na wschód na Nieder-Liebersbach. Kilka rodzin robiło piknik i dzieci z koszyczkami szukały na łące, co zajączek w nocy schował.
Tu przy wieży „Czterech rycerzy” (Vierritterturm) – krótko przysiedliśmy. W plecaku miałam jeszcze cztery „Wesołe Święta” – bo jak by to Wielkanoc bez kolorowych jajek? Wzmocnieni, zmobilizowaliśmy siły, żeby dalej ruszyć. Oj, nie było łatwo, bo mieliśmy już ponad dwie godziny marszu za sobą (a końca nie widać).
Nachodził nas już smaczek na lody, do czorta z kaloriami – tylko Weinheim ani widu, ani słychu.
Następna para (z fachowym ekwipunkiem, nawet GPS-Logger, to już nie spacer i nie wędrówka, to prawdopodobnie marsz z noclegiem) – pokazali nam na mapie, gdzie jesteśmy i ile jeszcze do Weinheim. Ok. Już nie chcemy dalej. Przy następnej okazji schodzimy na zachód (Bergstrasse). Starsze małżeństwo, z którym wdaliśmy się w krótką rozmowę poddało nam typ – o, tą ścieżką, dojdziecie do Nächstenbach. No, właśnie tego potrzebowaliśmy, jeszcze kawałek przez las, potem wzdłuż strumyka, dalej przez wioskę. Czuliśmy się trochę jak na dzikim zachodzie, kiedy cowboye idą przez pustą mieścinę i patrzą na lewo i prawo, a mieszkańcy stoją cicho za firanką. Nie zobaczyliśmy ani jednego człowieka, ani psa…
Do cywilizacji wróciliśmy przy tunelu Saugkopftunel. Taksówka nas odebrała (jeszcze tylko wsiąść…) i zawiozła do Heppenheim do lodziarni, gdzie zamówiliśmy na wynos wielkie porcje lodów, ze wszystkimi kalorycznymi grzechami. U przyjaciół w ogrodzie wyprostowaliśmy nogi, które przeszły 10 km i schłodziliśmy zmaltretowane dusze lodami.
Przy następnej okazji: od Saukkopftunel resztę trasy do Weinheim, przez kamieniołomy. No i mamy nadzieję, że będzie tyle samo śmiechu, co tym razem.